Dzisiaj ten trzynasty był dla mnie bardzo szczególnym dniem. Nie tylko dlatego, że jest to trzynastka (dla mnie jest cyfrą miłości i cyfrą szczęśliwą), ale też pokonałam jeden z ogromnych moich wstydów, kompleksów i wewnętrzny opór. Założyłam sukienkę przed kolana. Wow! Jeszcze nie mogę uwierzyć, że to zrobiłam z własnej nieprzymuszonej woli. Jednym z bardzo nielicznych momentów w moim życiu wystąpienia w sukience, był X lat temu ślub cywilny.
Dziwna rzecz, bo kiedy chodzę w krótkich spodenkach to czuję się ok. Spodnie są atrybutem typowo męskim, dla mnie wiążą się one z męskością, sportem i w tej roli jest mi dobrze, komfortowo, bezpiecznie. Sukienka natomiast to element typowo kobiecy. No i tu włącza mi się opór, niewygoda.
Jednak jestem dumna z siebie, że odważyłam się zmierzyć z moim lękiem. Oczywiście z zewnątrz nie zadziało się nic tragicznego i niebezpiecznego. Wręcz przeciwnie, były same ochy i achy, i to właśnie od strony kobiet. Chyba tyle osób nie mogło kłamać? Czułam się skrępowana, ale o dziwo szybko mi to minęło i cały dzień chodziłam w sukience, wystawiając się na widok publiczny. Kolana straciły swoją paraliżującą moc. No, oby to nie był jednorazowy występ.
Moje postanowienie: będę się uczyć być Kobietą w sukience.